Zapisz się do naszego newslettera

Zapisując się do newslettera jednoznacznie wyrażasz zgodę na Politykę prywatności

Instagram

  • mountaingirl on holiday Batumi  Kazbegi gruzja georgia gry kobietagorom
  • Subiektywna lista miejsc na Zakaukaziu ju na blogu gruzja azerbejdan
  • Wracam do cyklu kobiecegryodkulis nieperfekcyjnapanigr poszukiwanie miejsca na swj wymarzony
  • Beszbarmak gra ktra podobno spenia yczenia ciekawe czy speni te
  • Wci mylami wracam do Xinaliq Hinalug wioski ktra pretenduje do
  • Tym razem polecam literatur zapraszam na blog gdzie znajdziecie list
  • Pikna surowa i w wielu miejscach jeszcze dzika armenia gry
  • 90 kraju to tereny grzyste tylko 10 powierzchni pooona jest
  • Ponad 50km od Erywania wznosi si agodny stoek masywu Aragac

Najnowsze komentarze

Elbrus – RELACJA

Elbrus i niezastąpiony team DAMSKI

Kilka słów o najwyższym szczycie… no właśnie, znów Europy?

Elbrus, to bezdyskusyjnie najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji. Wznosi się na wysokość 5642 m n.p.m., ale czy jest on również najwyższym szczytem Europy? Wciąż jest to sprawa sporna, według środowiska wspinaczkowego uważany jest on rzeczywiście za najwyższą górę Kontynentu, jednak przeciwnie do Międzynarodowej Unii Geograficznej, która za najwyższy szczyt Europy uważa Mont Blanc (4810 m n.p.m.).

Elbrus jest bardzo charakterystyczną górą, gdyż kształtuje się z dwóch wierzchołków, odległych od siebie o ok. 3km. Wierzchołek zachodni, to ‘prawidłowy’ szczyt, który się zdobywa, natomiast ten niewiele niższy – mierzący 5621 m n.p.m. – to Elbrus Mały. Elbrus to wygasły wulkan, choć niektórzy uważają, że tylko drzemie. 😉

elbrus

Nazwa „Elbrus” pochodzi prawdopodobnie z języka perskiego i oznacza „błyszczący”. Szczyt posiada też określenia w językach narodów zamieszkujących jego okolice. Nazwa karaczajsko-bałkarska „Mingi tau” oznacza Wieczną Górę, a kabardyjska Ιуэщхьэмахуэ „Oszchamacho” – Góra Szczęścia. Przez specyficzny kształt i wygląd góry, tubylcy określają Elbrus m.in. jako Dziewczęce Piersi.

 

POLKI na Elbrusie:

Helena Hajdukiewiczowa zdobywając Elbrus w 1958r., ustanowiła ówczesny polski kobiecy rekord wysokości.

Jednej z największych himalaistek świata, to właśnie na Elbrusie – nie na Gaszerbrumie czy Mount Evereście – przydarzył się najpoważniejszy wypadek, który zaważył na jej dalszej górskiej karierze. W 1981r. Wanda Rutkiewicz, przypadkowo potrącona przez tracącego na twardym lodzie równowagę alpinistę, (poniżej Skał Pastuchowa), spadła kilkadziesiąt metrów i doznała otwartego złamania kości udowej… Jednak mimo wypadku i niepełnej sprawności, nie zrezygnowała z organizacji kobiecej wyprawy na K2. W 1982r. jako kierowniczka wyprawy, pokonywała poprzecinany szczelinami lodowiec Baltoro pod najtrudniejszym szczytem świata… o kulach.

Martyna Wojciechowska w 2007r. stanęła na najwyższym szczycie Rosji z najmłodszą zdobywczynią na świecie, dzień przed wyprawą dowiedziała się bowiem, że jest w ciąży. Gdy wchodziła na szczyt, była w drugim miesiącu ciąży.

Najszybsza kobieta w historii biegu na Elbrus, to również Polka! W 2015r. 25-letnia Anna Figura zwyciężyła zawody biegowe Elbrus Race. Ekstremalną trasę długości ponad 12km o różnicy wzniesień 3000m pokonała w rekordowym czasie 4:22.10. (szybsi od niej byli tylko dwaj zawodnicy). Od 24 września oba rekordy – kobiet i mężczyzn – należą do Polaków. Pięć lat temu Andrzej Bargiel pokonał trasę w 3:23.37, a co ważne, w tym samym roku Polka Ola Dzik, jako pierwsza kobieta ukończyła zawody na najdłuższej trasie Extreme.

Już sama historia powyższych kobiet wskazuje na to, że tak naprawdę kobietom nic nie jest w stanie przeszkodzić w zdobywaniu szczytu, podejmowaniu odważnych decyzji, czy ryzykownych działań. Ani kontuzja, ani ciąża (oczywiście, jeżeli nie jest zagrożona), w żaden sposób nie ograniczają osiągnięcia wyznaczonego wcześniej celu. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku! Jednak staram się Wam pokazać, że kobieca siła i determinacja nie zna żadnych granic! Jedyne co nas ogranicza, to konwencjonalne myślenie i bariery zwyczajowe. Kobiety nie są słabe, dają sobie świetnie radę nawet w najtrudniejszych i najbardziej wymagających działaniach!

 

Wielka lekcja pokory i walka z żywiołem – Elbrus:

Najlepiej będzie, jeżeli zacznę od tego, że tym razem na wyprawę wysokogórską wybrałam się z grupom amatorów, tzn. z osobami, które we wspinaczce mają doświadczenie, jednak po raz pierwszy miały być na takich wysokościach. W przeciwieństwie do wyprawy zeszłorocznej (Mont Blanc – RELACJA), w której udział brali sami doświadczeni i wyszkoleni mężczyźni. W tym roku nie byłam jedyną kobietą w ekipie. Byłyśmy aż 3 w 7osobowej grupie.

Tak, jak przy opisie wyprawy na Mont Blanc, nie będę opisywać całej logistyki itp., bo jest tego masa w Internecie, ale oczywiście chętnie służę pomocą, także każdy kto ma jakieś pytania związane z organizacją i logistyką wyprawy na Elbrus zapraszam do kontaktu prywatnego. Na zdobycie Elbrus wybraliśmy drogę klasyczną.

Po aż 26godzinnej podróży z Poznania, w końcu znaleźliśmy się w Terskolu, miejscowości położonej 3km od podnóża Elbrus. Choć dotarcie do celu nie było proste, to jednak wszystkie niedogodności i trudy podróży rekompensował nam piękny i niezwykły krajobraz gruzińskiego i rosyjskiego Kaukazu. Krajobraz zupełnie inny od alpejskiego, pełen soczystej zieleni i okazałej skały zarazem. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia!!! Pomyślałam sobie, że to właśnie jest moje miejsce – bezkresny pełen imponujących, niekończących się wzgórz, pagórków i wysokich szczytów teren… Będzie co robić – gór do przejścia na co najmniej kilka wypraw!

img_6434 img_6437 img_6436
dscn8279 img_6445 wp_20160715_007

Po przespaniu się w Terskolu, na drugi dzień, w ramach rozgrzewki postanowiliśmy wybrać się pieszo (3km) do Azau (miejscowości położonej u podnóża Elbrusa), a następnie zrobić pierwszą aklimatyzację na lekko.

Po 3/4godzinnym podejściu, dotarliśmy do stacji Mir na 3500m n.p.m. Nie było podziału na team męski i damski. Zarówno chłopacy, jak i my dziewczyny, na tym samym poziomie pokonywaliśmy kolejne metry przewyższenia. Podejście niby łatwe, na lekko, bez trudności technicznych, zwykły trekking, jednak pełne słońce i upał nie pozwalały ani na chwilę odetchnąć. A dla niektórych z nas słońce okazało się na tyle zdradzieckie, że na drugi dzień przejawiło się oparzeniami drugiego stopnia. Ci z nas, którzy mieli już do czynienia z górskim słońcem, dobrze wiedzieli, że nie wystarczy posmarować się kremem z filtrem tylko raz. 😉

dscn0950 dscn8074
na-bloga dscn8069
dscn8077 img_6450
img_6459 dscn8084

 

img_7211

Po przerwie na małe przekąski i herbatę zeszliśmy z powrotem do Azau, a następnie spacerkiem do Terskolu. Moja forma okazała się bardzo dobra, nogi i kolana były mocne, nie doskwierało mi ani zmęczenie, ani ból nóg (jak niektórym z nas), szło mi się wprost rewelacyjnie. Choć wiedziałam, że to również przez brak dwudziestokilogramowego balastu. 😉 Tego dnia jeszcze bardziej przekonałam się o cudowności gór Kaukazu…

dscn8113 dscn8114
mir mir2

Uwaga do Pań, trasa do stacji Mir jest w większości ekspozycyjna. Droga szutrowa, bez żadnego drzewka, czy nawet krzaczka. Jeżeli więc będziecie miały ‘potrzebę’, nie liczcie nawet na mały kamień, za którym mogłybyście się skryć. Jesteście narażone na widok z każdej strony. 😉 Ale jeżeli wytrzymacie te 3-4h, to przy stacji Mir znajduje się kontener z płatną toaletą.

Kolejnego dnia okazało się, że w nocy mamy jedyne okienko pogodowe na najbliższe dni. Uzbrojeni więc w sprzęt i 20kg plecaki całym zespołem postanowiliśmy, że trasę, którą pokonaliśmy dzień wcześniej podjedziemy kolejką, tym samym oszczędzając siłę, którą musimy mieć, by pokonać więcej metrów przewyższenia i bez kolejnej aklimatyzacji, tej samej nocy uderzyć na szczyt.

dscn8119

Po dotarciu do stacji Mir, ruszyliśmy do tzw. Prijuta – ‘schronisko’ położone na 4200m n.p.m. – tam mieliśmy zamiar rozłożyć obóz. Trasa znów okazała się nie aż tak wymagająca, choć przewyższenie ostrzejsze niż dnia poprzedniego, a nogi grzęzły najpierw w błocie i glinie, a następnie w śniegu. Forma choć tym razem również dopisała, to jednak plecak nie dawał odetchnąć, czułam się jakby miażdżył mi barki. Ewidentnie dźwiganie jest wciąż tym, co podczas wspinaczki znoszę najgorzej.

dscn8120 dscn8121

dscn8122

Po drodze krótka przerwa przy tzw. Beczkach (schronisko zaadoptowane z cystern po paliwie rakietowym), to ostatnie miejsce, w którym jeszcze w miarę w ‘normalnych’ warunkach można załatwić potrzeby fizjologiczne.

na-bloga na-bloga

 

dscn8052

Kawałek wyżej, gdy już zaczyna się lodowiec i trochę ostrzejsze podejście, po lewej stronie ukaże się ‘TOI TOI’ – budka z dziurą w podłodze, brudna, nieświeża, z każdego rodzaju odchodami dookoła oraz przeszywającym tyłek wiatrem… już tylko takie warunki czekają wszystkich powyżej 4000m n.p.m.

dscn8133

Po 4h (od Miru) dotarliśmy na 4200m n.p.m. Ostatnie metry podejścia okazały się dla mnie naprawdę wymagające, ale nie z powodu trudności podejścia – trasa choć w zapadającym się śniegu i o bardziej niebezpiecznym podejściu, okazała się w miarę prosta do przejścia. Jednak po kolejnej przerwie, nie miałam siły ponownie założyć plecaka. Przeciążał mnie, a troki dusiły klatkę piersiową. Zmuszanie się i mentalne przekonywanie do niego zabierało mi niesłychanie sporo czasu. Zresztą nie tylko mnie. Pozostałe dziewczyny również wpatrywały się kilkanaście minut w plecak, próbując oswoić się z myślą ponownego jego nałożenia na siebie. Tu pojawił się mały dysonans między nami, a chłopakami. Oni również mieli problem z ciężarem plecaków, jednak raz dwa zarzucali go na siebie i ruszali dalej. Niemniej jednak choć przypuszczalnie bardziej zmasakrowane ciężarem, tempo wchodzenia miałyśmy zaskakująco dobre, równe, a nawet momentami lepsze od chłopaków!

dscn8147 dscn8149

Powyżej 4000m n.p.m. powietrze było już rzadsze, ale czułam się zaskakująco dobrze! Po rozłożeniu namiotów przy skałach, napawaliśmy się pięknymi widokami i raczyliśmy gorącym posiłkiem z paczki (rozbiliśmy obóz daleko od Prijuta i strumyka z wodą, darowaliśmy więc sobie spacery po wodę i topiliśmy śnieg). Przed naszymi oczami rozpościerał się malowniczy krajobraz całego Kaukazu. Byliśmy już ponad innymi szczytami, majestatyczny widok zapierał dech w piersiach! Mogłam tak siedzieć i patrzeć bez końca… tym bardziej, że pogoda póki co nam dopisywała, jak na tę wysokość było w miarę ciepło, prawie w ogóle wiatru i 100% widoczności.

dscn8151 dscn8161

Jednak już o 21:00 kładliśmy się spać, gdyż tej nocy musieliśmy podjąć atak szczytowy. Gdyby nie pogarszające się warunki atmosferyczne, najpierw na drugi dzień powinniśmy zrobić kolejną aklimatyzację (wejść co najmniej do Skał Pastuchowa – 4800m n.p.m., a następnie zejść) i dopiero na następny dzień robić atak szczytowy. Jednak, jak przy każdej amatorskiej wyprawie, czas na kaukazie mieliśmy ograniczony, urlopy, zobowiązania itp., a kolejne okienko pogodowe dopiero za 4 dni… Choć mieliśmy świadomość, że bez odpowiedniej aklimatyzacji i tak podejście może nam się nie udać, zadecydowaliśmy, że spróbujemy….

Tu swoje potrzeby załatwiamy już tylko na łonie natury… Przy Pijrucie znajduje się kolejny ‘TOI TOI’, ale nie wiem, czy znalezienie ustronnego miejsca pomiędzy skałami nie jest lepsze… 😉

na-bloga dscn8190

A jeżeli chodzi o higienę, to tak jak pisałam TUTAJ, w grę wchodzi tylko mycie zębów i odświeżanie się chusteczkami nawilżającymi.

dscn8192

W nocy zupełnie przypadkowo, podzieliliśmy się na 2 teamy, męski i żeński. Chłopacy bowiem postanowili wyruszyć na szczyt wcześniej, o 2:00 w nocy, my jednak z powodu braku odpowiedniej aklimatyzacji i nie przespanej ani minuty w nocy, postanowiłyśmy jeszcze chwilę pospać i wyruszyć nieco później, o 4:00. Byliśmy zaopatrzeni w krótkofalówki, więc na bieżąco mogliśmy znać swoje postępy w pokonywaniu trasy.

Po zjedzeniu ciepłego posiłku, uzbrojeniu się w ciepłe ciuchy, raki i czołówki o 4:00 nad ranem wyruszyłyśmy. Podejście na Elbrus nie posiada żadnych trudności technicznych, trzeba jednak uważać, by nie zgubić drogi i nie zejść z trasy oznaczonej kijkami, grozi to bowiem wpadnięciem w szczelinę. Uważnie więc, swoim tempem w trzyosobowym kobiecym teamie zaczęłyśmy podchodzić na szczyt. Przed nami ok. 8h wspinaczki. Pogoda póki co, cały czas sprzyjała. Z każdym metrem milej witałyśmy promienie Słońca, oblewające i ukazujące magię kaukaskich szczytów.

Aż zaniemówiłam z zachwytu nad tą nieogarniętą potęgą i roztaczającym się w dole pięknem…

wp_20160718_017

wp_20160718_020

dscn8158

dscn0999

Po 2h, pierwsza przerwa na skałach Pastuchowa i tu okazuje się, że tempo mamy bardzo szybkie, nawet lepsze od chłopaków. Wychodzili bowiem z 2h wyprzedzeniem, a mamy ich jakieś pół godziny przed sobą. Zadowolone z siebie i dodatkowo zmotywowane  ruszamy dalej. Jednak po kolejnych 2h podejścia spotykamy rosyjskiego przewodnika, który każe nam natychmiast zawracać, gdyż ma najnowsze prognozy i na sam szczyt nadchodzi burza. Spojrzałyśmy na szczyt i rzeczywiście nadciągały ciemne chmury… Przewodnik spiesznie schodził w dół, a chłopaków miałyśmy już w zasięgu wzroku… Co tu robić?! Po długich konsultacjach z chłopakami przez krótkofalówki i rozpatrywaniu wszystkich za i przeciw, nasz team podejmuje decyzję o zejściu…  Męski team ryzykuje i idzie dalej. Chmury z coraz większą prędkością zbliżały się do szczytu, prędko więc schodziłyśmy w dół. Jednak poniżej, w bazie wciąż świeciło słońce… Nagle ogarnął mnie wielki smutek i żal. A może powinnyśmy były zaryzykować? Może podjęłyśmy decyzję zbyt pochopnie, przesadnie interpretując Rosjanina? Ale było już za późno na ponowne podjęcie ataku. Smutne i zmarnowane schodziłyśmy do bazy. Serce pękało… pomyślałam sobie nawet przez chwilę, że to może jakiś rodzaj kary, nauka pokory…

dscn0982

Po powrocie poszłyśmy spać. W nocy nie przespałam ani minuty. Po 1,5h okazało się, że chłopacy również nie zdobyli szczytu…Tylko jeden kompan dotarł na szczyt, ale miał słabe warunki pogodowe, żadnej widoczności, silny wiatr. Reszta chłopaków po kilku godzinach po kolei docierała do bazy. Po zobaczeniu stanu zdrowia chłopaków i ich percepcji, doszłyśmy do wniosku, że podjęłyśmy bardzo dobrą decyzję. Chłopacy byli wyczerpani, przemarznięci i obolali, opadali z sił. Niektórzy zamiast schodzić o własnych nogach, bezsilnie zjeżdżali na tyłkach i mieli objawy choroby wysokościowej.

wp_20160718_035

Chłopacy po otrzymaniu od nas sygnału o niepogodzie, szli maksymalnie do kiedy mieli siły, na tyle ile pozwoliły im warunki pogodowe oraz problemy wysokościowe, ale szczytu nie zdobyli, a wyczerpali maksymalnie organizm… Czy nasza decyzja była słuszna, tego nie jesteśmy pewne. Może byśmy dogoniły chłopaków, może nawet zdobyły szczyt… Ale podejście coraz bardziej utrudniałaby nam  pogoda, a żadna z nas nie wiedziała, czy wyżej nie dopadną nas któreś objawy choroby wysokogórskiej.  A może byłybyśmy zbyt zmęczone, a kiepskie warunki pogodowe, sprawiłyby, że jeden mały błąd mógłby skończyć się tragedią… Nie wykończyłyśmy organizmu, nie straciłyśmy aż tyle siły. Mogłyśmy myśleć o uderzeniu na szczyt ponownie, jak tylko pojawi się okienko pogodowe.

Żyłam oczywiście nadzieją, że jeszcze będzie to okienko pogodowe i o równych siłach, teraz już z lepszą aklimatyzacją ruszę na szczyt. Wtedy zweryfikuję jeszcze raz, czy uda mi się zdobyć Elbrus, czy to tak po prostu miało być i nie jest mi tym razem dane stanąć na szczycie… ale będę przynajmniej wiedziała, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby cel osiągnąć.

Niestety pogoda załamała się i tak miało wyglądać najbliższych kilka dni, a ponieważ nasz wypożyczony w Terskolu namiot nie okazał się trwały, musieliśmy zejść i wypożyczyć kolejny, mocniejszy egzemplarz. Podjęliśmy decyzję, że następną próbę ataku szczytowego podejmiemy za 2 dni.

dscn8154

Na kolejny atak wjechaliśmy kolejką do Garabashi, ostatniej stacji na Elbrusie. Stamtąd w naprawdę fatalnych warunkach pogodowych (zimno, silny wiatr, grad, mgła, widoczność na 20m) podeszliśmy znów na poziom Prijuta. Ponownie w sposób naturalny wytworzył się podział damsko-męski, gdyż my postanowiłyśmy rozbić obóz na skałach na wysokości 4200m n.p.m., a chłopacy ignorując rady Rosjan, podjęli decyzję o podejściu na Skały Pastuchowa, aby tam rozłożyć obóz.

Rozstawienie namiotu przy tak silnym wietrze, deszczu i gradzie było dla nas nie lada wyzwaniem, jednak żadna z nas nie marudziła i nie załamywała rąk, tylko dzielnie, wytrwale i z ogromną cierpliwością walczyła z ‘latającymi’ częściami namiotu. Team okazał się tak zgrany, że zaskakująco – jak na takie warunki – szybko rozłożyłyśmy namiot i wreszcie mogłyśmy wskoczyć w puchowe śpiworki i zjeść ciepły posiłek.

dscn8164

dscn8173 dscn8175

Tak jak ostrzegali nas tubylcy, bardzo niebezpieczne, a przy niepogodzie wręcz niemożliwe jest rozstawienie namiotu przy Skałach Pastuchowa… Po 3h zmarznięci i zmęczeni chłopacy, wrócili więc i rozbili namiot nieopodal nas…

Jednak czekał nas kolejny sprawdzian … W nocy przyszła burza i silny wiatr, a śnieg padał z coraz większą intensywnością… Każda z nas z wielkim niepokojem oczekiwała kolejnych błysków i piorunów, modląc się przy tym, aby wichura nie porwała nam namiotu. A jak na złość burza ta nie trwała godzinę, czy dwie, ale prawie całą noc. Nawet na minutę nie zmrużyłam oka. Z samego rana zmasakrowane próbowałyśmy dosłownie wydostać się z namiotu… nie było to łatwe, gdyż śnieg zasypał namiot prawie do połowy. Jednak byłyśmy na taką okoliczność przygotowane, łopata poszła w ruch. 😉 Jak się okazało, obrałyśmy dobre miejsce na skałach, namiot solidnie przymocowałyśmy wszystkimi odciągami (nie odleciał, ani się nie podarł) oraz dobrze zabezpieczyłyśmy kaptury, dzięki czemu nie przemókł.  Test zdany! 😉

dscn8181

Pogoda jednak nie poprawiała się, a byłyśmy nieprzytomne po nieprzespanej nocy, postanowiłyśmy więc, że zwiniemy namiot, a kolejną noc spędzimy w Pijrucie. Chłopacy doszli do tego samego wniosku, wspólnie więc wynajęliśmy jeden kontener z pryczami. Cały dzień większość ekipy przespała, ja niestety nie byłam w stanie zasnąć nawet na minutę. Zorientowaliśmy się w prognozie pogody, która nie zapowiadała się rewelacyjna, ale była to już nasza ostatnia szansa na atak,  na następny dzień musieliśmy schodzić i wracać do Polski.

dscn0992 na-bloga2

Tym razem postanowiliśmy już o 23:00 wstać i najpóźniej o 1:00 w nocy wyruszyć.

Wszyscy jak jeden mąż zebraliśmy się więc do ‘stołówki’ w sąsiadującym kontenerze i po spożyciu ciepłego posiłku, znów podzieleni na teamy damski i męski wyruszyliśmy na szczyt.

Warunki pogodowe, jakie tej nocy mieliśmy to -20stopni, śnieg i wiatr o prędkości 50km. Silny wiatr maksymalnie utrudniał wspinaczkę, szło się zdecydowanie trudniej i wolniej niż podczas poprzedniego ataku. Sonia, jedna z towarzyszek już po kilkudziesięciu metrach podjęła decyzję o odwrocie. Ania i ja, dzielnie próbowałyśmy iść dalej. Jednak im dalej zachodziłyśmy, tym wiatr był coraz silniejszy, było to dla mnie nowe i potworne zjawisko przyrody – wichura ze śniegu miecionego wiatrem… Nic nie było widać, nie dało się swobodnie oddychać, a ciało wciąż walczyło z oporem wiatru, ledwo utrzymując się w pionie… Wszystko to sprawiało, że zmęczenie odczuwało się szybciej i bardziej, niż działoby się to przy dobrej pogodzie. Powoli zaczynałam odczuwać zimno w palcach rąk i nóg, choć teoretycznie byłam bardzo dobrze i ciepło ubrana.

Warunki pogodowe okazały się nie do przejścia… Po prawie 5h wspinaczki, na ponad 5000m n.p.m. musiałam wycofać się do bazy, gdyż zaczęłam odczuwać odmrożenia na rękach i stopach. Ania brnęła dalej. Reszta ekipy również… Po dotarciu do kontenera, w którym spaliśmy długo nie mogłam dojść do siebie, zmarznięta trzęsłam się niemiłosiernie. Schowana w śpiworze przez kilka godzin nie mogłam się rozgrzać. Tym razem jednak, choć nie mieliśmy informacji od reszty ekipy, wiedziałam, że podjęłam dobrą decyzję i tego dnia nikt nie zdobędzie szczytu. Nie myliłam się, po kolei każdy zmarznięty i wyczerpany wracał do swoich śpiworów… Jeden z kompanów dotarł aż na trawers, jednak zgubił rękawiczkę i gdyby nie działanie jego przyjaciela i zwiezienie go skuterem śnieżnym straciłby 3 palce u ręki… Niemniej jednak i tak przygoda ta zakończyła się dla niego odmrożeniami 2stopnia… Tego dnia wszyscy, nawet przewodnicy ze swoimi klientami wycofywali się i nawet nie docierali do trawersu. Zdobycie szczytu w tych warunkach pogodowych było po prostu nierealne.

Co innego walka ze swoimi słabościami, zmęczeniem i strachem, a co innego walka z żywiołem! Niektórzy powiedzą/zarzucą, że to są góry, jest zimno, występują takie warunki pogodowe. Nawet przez chwilę miałam do siebie pretensje, że może źle się ubrałam albo miałam nie wystarczająco dobrane buty i łapawice, ale przy -20stopniach i wietrze 50km, temperatura odczuwalna to ponad -30, żadne buty nie są w stanie zapewnić ciepła przez ponad 8h podejścia (chyba, że szykujesz się na Himalaje). Są różni wyznawcy w górach wysokich, ja należę do tych, którzy uważają, że żadna góra nie jest warta utraty życia, ale również zdrowia, czy nawet straty najmniejszego palca!!! Wspinaczka i alpinizm to moja pasja, a nie sposób zarabiania na życie. Za każdym razem chcę czerpać radość i przyjemność wspinania, również poprzez ogromny wysiłek fizyczny, psychiczny i emocjonalny, ale nie za wszelką cenę. Chodzę w góry, by czegoś doświadczyć, dowiedzieć się czegoś więcej o sobie, nie chce więc by cel przesłaniał mi radość zdobywania…

A team kobiecy okazał się nie do zastąpienia. Forma, przygotowanie, sprzęt i cała reszta była bez zarzutu, dziewczyny spisały się świetnie! Dotrzymywałyśmy kroku chłopakom, nie brakowało nam odwagi, motywacji i woli dążenia do celu oraz i przede wszystkim koleżeństwa. Byłyśmy zgranym i przyjacielskim zespołem, co być może jest jakimś kolejnym złamaniem stereotypu, że kobiety są zawistne i trudno im się dogadać, gdy na horyzoncie pojawiają się mężczyźni, u nas było całkowicie odwrotnie. Ponadto, podsumowując wyprawę, wydaje mi się, że jednak popełniłyśmy mniej błędów niż chłopacy…

na-bloga-3

Z tego miejsca więc dziękuję Wam Sonia i Ania za bezpieczną i pełną wrażeń przygodę!!!

KOBIETY GÓRĄ!!!

namiot

Wyprawa na Elbrus okazała się dla mnie wielką lekcją pokory i sprawdzianem dla mnie samej i własnego zdrowego rozsądku. A przestrogi innych doświadczonych alpinistów, że Elbrus bywa górą zdradliwą, niepozorną i trzeba do niej podejść z wyjątkową pokorą, potwierdziły się.

Podjęłam walkę, dałam z siebie wszystko, jednak potrafiłam w odpowiednim momencie odpuścić. Często sama droga jest celem, nawet kiedy cel nie został osiągnięty. Mnie ta wyprawa nauczyła bardzo wiele. Podjęłam walkę i próbę wejścia w nowych nieznanych mi okolicznościach, przekraczając kolejne granice wytrzymałości. Często to sytuacje ryzykowne i nieprzewidywalne, pozwalają nabrać większego doświadczenia. Dzięki ekstremalnym warunkom atmosferycznym, zdobyłam wiele nowych umiejętności i ogromne górskie doświadczenie.

kobieta-gora

Elbrus rzucił mi wyzwanie, z którym z pewnością zmierzę się ponownie w niedługim czasie… 😉

7 komentarzy

  • Lidka

    2016-11-19 at 14:59

    I tak trzymaj- ” To co robisz jest niesamowite, a Ty jestes wyjatkowa. Nie zapominaj, ze Wspinaczka i alpinizm to Twoja pasja, a nie sposób zarabiania na życie”. POWODZENIA !!!1

    Odpowiedz
  • Tomasz

    2016-11-19 at 16:14

    Cześć. Fajnie się czytało 🙂 Super przygoda 🙂

    ps. Może warto zmienić cyferki na zdjęciu nr 2 patrząc od góry – określające wysokość Elbrusa wschodniego i zachodniego..

    Odpowiedz
      • Tomasz

        2016-11-20 at 18:18

        Ok. Daria, w związku z faktem, że również przymierzam się do projektu pt. Korona Ziemi.. Mam prośbę.. Jeżeli cele będą wyznaczone, to proszę o info na blogu odpowiednio wcześniej. Być może, na którymś etapie dołączę do którejś z wypraw. Na tę chwilę, jestem na etapie budowania wytrzymałości. Ogarnięcie tego finansowo, to jak wiemy inna para kaloszy.. Dzięki. Pozdrawiam 🙂

        Odpowiedz
  • Maria

    2016-11-19 at 21:29

    Ważne jest jeśli w odpowiednim momęcie odpuścimy i wycofamy się z
    projektu zamiast ryzykować życie swoje i innych.Doświadczenie ,które zdobyłaś pomorze Ci przygotować się powtórnie do ataku szczytu.
    Nie poddałaś się ale przełożyłaś zdobycie Góry na póżniej.Nie zmieniaj kursu .Z czasem zrealizujesz swoje marzenia.Trzymam kciuki.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz